|
autor to: PapaToma, kategoria: Bez kategorii
Siema ludu, sorry, ale nie mam ostatno siły.
Gonitwa za świąteczną konsumpcją mnie zjada od środka i nie nadążam po prostu.
Wkurwiony jestem niemiłosiernie i to tak, że aż nie chce mi sie pisac…
KURWA!!…
komentarzy (0)
czytaj całość
Dawno, dawno temu, gdy to Ziemia była płaska, a ludzie dla rozrywki lepili kulki, urodziłem się ja, Tomasz.
Niby wszystko było jak powinno, ręce, nogi, pisior, ale jedna rzecz była inna niż u wszystkich dzieci. Tomasz miał strasznie dużą głowę.
Dorastał w przyzwoitych warunkach, karmiony krótko piersią, a potem milupą rósł w oczach, a wraz z nim jego głowa.
Lekarze podejrzewali, że z biegiem lat jego głowa urośnie do niebotycznych rozmiarów, wytworzy własną grawitację, a lekkie obiekty będą wstanie wokół niej orbitować.
Minęły lata (tak 24 z hakiem) głowa… cóż urosła, ale dzięki Bogu nie jest gargantuiczna, własnej grawitacji nie ma, orbit też nie.
To tyle mianem wstępu.
Teraz załóżmy, że historia życia Tomasza potoczyła się ciut inaczej, że głowa rosła z roku na rok, w wieku 24 lat miała blisko 2,3 metra średnicy, wagę przeszło 1,5 tony i rosła dalej…
A.D. 2034 gdzieś w Centralnej Europie
- Czasoprzestrzeń… uważaj na zakrzywienie! – krzyknął Johnson
- Gdzie? Gdzie?!!…..o chuj – wydobył ostatni raz z siebie porucznik Kobyła.
- Kobyła padł, powtarzam Kobyła padł! – wrzeszczał do radia Johnson
- Tu Kapitanat, przyjąłem, wysyłam e-mail do żony denata. Johnson, podajcie mi swoją pozycję.
- Na chuj mam podawać pozycję, nie po to nosze w dupie GPS, żebyście mnie pytali gdzie jestem!
- Johnson, baterie wam padły. – odrzekł z powagą Kapitanat.
- O kurwa! – stwierdził z przerażeniem Johnson, jego zaniepokojenie stanem baterii GPS nie wynikało z faktu, że nie będzie wiedział gdzie się znajduje. Johnson opanował starodawną metodę obliczania pozycji na podstawie analizy obiektów znajdujących się na około. Zaniepokojenie wynikało z faktu, że jak przeżyje tą batalię, to będzie musiał wymienić baterie. – Podaje pozycje… cirka 5 metrów od ciała Kobyły.
- Przyjąłem, kontynuować – odpowiedziało radio
Johnson przeładował swojego iAK-47 z dotykowym spustem i posłał serię bozonową w kierunku dowolnym, po czym nasłuchiwał… Oddech jego był ciężki i regularny niczym przy kackupie, oczy skupione też niczym przy kackupie, nasłuchiwał, szukał pośród szumu pogorzeliska jakiś oznak życia, życia przeciwnika. Gdy kurz zaczął opadać, z chmury zaczęły wyłaniać się zarysy otoczenia, ściany, okna, ludzkie i nieludzkie ciała porozrzucane naokoło. Dało się słyszeć ciche spokojne rozmowy w tle, potem coraz głośniejsze, zaczęły pojawiać się kolorowe światła, starodawne monitory LCD jak i ultranowoczesne wyświetlacze neutrinowe. Na jednym znich wielkości małego bloku migało hasło „CH Narodowy zaprasza na świąteczne promocje”.
komentarzy (0)
czytaj całość
autor to: PapaToma, kategoria: Bez kategorii
Niedziela, dzień przepełniony nudą i marazmem. Polski film – nic się nie dzieje.
Czy to tylko moje wrażenie, czy inni też uważają niedzielę za dzień totalnie wyjęty z życiorysu.
Według mnie niedziela jest najgorszym dniem tygodnia, bezdenną studnią z poniedziałkiem na dnie. Pobudka w niedzielę jest jednoznaczna ze wskoczeniem do tej jebanej studni. Wstajesz, hop i lecisz….
Lecisz i lecisz… rozpędzasz się i lecisz… żeby chociaż wąska ta studnia była to by się człowiek trochę poobijał, ale nie! Zbliżasz się do tych szorstkich ścian z nadzieją, że może zedrzesz sobie pół uda, potylicę i łopatkę, ale nie! Ściany równomiernie się oddalają pozwalając Ci na kontynuację swobodnego spadku. Nic! No kurwa nic się nie dzieje.
Próbujesz czerpać jakąś radochę z faktu, że lecisz. Pierdolniesz parę figur w locie, jaskółkę, pikowanie, przelecisz tak 256 kręgów i chuj… znowu nudy! Myślisz sobie, że może trzeba w jakiś stan nirwany wkroczyć i rozpoczynasz medytację w rytm szumiącego w uszach pędu powietrza. No ok fajnie, ale… ile kurwa można medytować!? Co ja kurwa młody Budda jestem?! – nie sądzę.
I wybudzasz się wkurwiony z tej jebanej mantry i lecisz dalej jeszcze bardziej wkurwiony swoim bezpłciowym stanem.
Przychodzą Ci do głowy różne pomysły. Plujesz do góry i patrzysz jak ślina zostaje w tyle. Potem plujesz z nudów w dół i cieszysz jape bo se do oka namelałeś, ale nie długo bo pęd powietrza szybko wysusza. Myślisz o ściągnięciu nach i walnięciu kupy w locie, o obsikaniu ściany… i tak dalej i tak dalej.
Może sen? Gdzie tam kurwa sen… Niby przeleciałeś w chuj, ale słoneczko o dziwo nieźle napierdala tam na górze i spać Ci nie da, oj nie.
I tak dopierdalasz tym kanałem bez dna. Obierasz pozycję ultra opływową byleby szybciej dotrzeć do końca, tworzy się wokół Ciebie fala uderzeniowa, a ty popierdalasz.
Popierdalasz i popierdalasz i czujesz ze zmęczony jesteś i że zaraz to całe gówno się skończy i niby fajnie, bo koniec udręki, ale.
No właśnie, ale.
Zaczynasz czuć wilgoć dochodzącą z dna, wiesz, że już niedługo koniec udręki…
I nagle sobie uświadamiasz, że zmarnowałeś kolejny jebany dzień w życiu. Niby jeden, ale w skali roku to 52 bite dni! To daje 1 rok życia w plecy co 7 lat!
No kurwa!
Wniosek jest prosty:
„Niedziele zabierają więcej życia niż papierosy.”
…,a właśnie miałem rzucać.
komentarzy (0)
czytaj całość
Grudzień 2008
| P |
W |
Ś |
C |
P |
S |
N |
| « lis |
|
sty » |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 |
|
.
.
.
|
|